Dialogi doświadczonego taty - o wylatywaniu z gniazda

2019-11-29 15:03 Mikołaj Wójcik
Dialogi doświadczonego taty - o wylatywaniu z gniazda
Autor: Getty images

Matkę i dziecko, nawet to kilkunastoletnie, łączy niewidoczna, lecz trudna do zerwania pępowina. Niektóre dzieci potrafią ją przeciąć, inne nie. Mój syn potrafi. I jestem z tego dumny.

Mamy w firmie dwóch starszych kolegów, których łączył do niedawna fakt, że pozostawali przez długi czas w stanie kawalerskim. Obaj osiągnęli już dawno wiek średni i obaj mężnie trwali w stanie bezżennym. Aż pewnego dnia jeden z nich przyniósł do firmy zaproszenie na ślub.

Dla całej załogi była to wielka niespodzianka. Z uwagi na jego dość zaawansowany wiek (miał prawie pięćdziesiąt lat) nikt raczej nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Opinia starego kawalera nigdy mu nie doskwierała, nawet z niej sobie trochę żartował. I nagle taka decyzja.

Ktoś ze znajomych zauważył, że niedługo przedtem owemu staremu kawalerowi umarła mama. I wtedy wszyscy jakby połączyli puzzle w jednolitą układankę. Facet przez pięćdziesiąt lat mieszkał z mamą! Nie znaliśmy tej pani, nie ma żadnych dowodów na to, że broniła syna przez małżeństwem, że stawała pomiędzy nim a dziewczynami, z którymi miałby ochotę się związać.

Ale fakty były takie, że w miesiąc po śmierci mamy poznał na zabawie sylwestrowej panią w odpowiednim wieku, dwa miesiące potem się jej oświadczył, a za kolejne pół roku był już jej mężem.

Kiedy zapytaliśmy o opinię w tej sprawie drugiego z naszych seniorów, odpowiedział bardzo serio:
- Ja też za długo mieszkałem ze swoją mamą.

No i po pępowinie...

Przydługa ta opowieść jest tylko wstępem i pretekstem do tego, by opowiedzieć wam o tym, co działo się niedawno w moim rodzinnym domu. Robiliśmy mały remont, dyskutowaliśmy trochę o zakresie prac i moja żona zapytała najstarsze nasze dziecko, na jaki kolor chciałby mieć pomalowany pokój.

Napisałem „najstarsze nasze dziecko”, ale warto w tym miejscu dodać, że owo maleństwo skończyło właśnie dwadzieścia jeden lat. Dlatego nie powinna nikogo dziwić odpowiedź na pytanie.

- Właściwie to mi wszystko jedno. Wygląda na to, że wkrótce opuszczę rodzinne gniazdo.
Powiedział to ot tak, bez specjalnych emocji, ale swoim wystąpieniem emocje wywołał.

Żona spojrzała na mnie wzrokiem cokolwiek przestraszonym, a potem zdołała wyrzucić z siebie krótkie pytanie:
- No, ale jak to?
W tych czterech słowach było wszystko. I zdziwienie, i rozczarowanie, i smutek, i lęk.

- Normalnie. Jestem dorosły, pracuję, studiuję, mam dziewczynę. Myślę o tym, żeby zacząć samodzielne życie.
- No, ale jak to? – powtórzyła słabym głosem jego mama i wyszła czym prędzej z pokoju, bo nie chciała, by ktokolwiek widział, że na płacz jej się zbiera.

Zostaliśmy sami. Przez chwilę trwała cisza, a potem ja postanowiłem zabrać głos:
- Synu, czemu matkę straszysz? Chcesz sobie zażartować, to uprzedzaj nas, bo w końcu ktoś zawału przez ciebie dostanie.
Ale on wcale nie żartował. Popatrzył na mnie przepraszającym wzrokiem, ale w jego głosie była pewność i spokój.

- Tato, ja naprawdę myślę o wyprowadzce. Mam środki do życia, mam nakreślony plan działania na kolejne lata, dobrą pracę, zaawansowane studia informatyczne, dziewczynę, którą kocham. To jest idealny moment na wyprowadzkę.

Narada wojenna

Było to takie przemówienie, że poczułem dumę z bycia ojcem tego chłopca. Nie przeszkodziło mi to jednak szukać argumentów „na nie”.
- Nie chcielibyśmy, żebyś mieszkał z dziewczyną przed ślubem.
A wtedy on:
- Tato, czy to prawda, że oświadczyłeś się mamie po trzech miesiącach znajomości?

Grubo! Rozmowa zaczęła nabierać rumieńców.

- Noooo..., właściwie to nie. Prawie po czterech. Ale! Znałem mamę dłużej, tylko chodziliśmy ze sobą od czterech miesięcy, prawie. Mam rozumieć, że zamierzasz... No wiesz, oświadczać się? Brać ślub? Mieć dzieci?!
- Póki co nie. Ale wszystko jest możliwe.

Potem usłyszałem, że jego koncepcja nie przeszła jeszcze do fazy konkretnych działań, na razie wie tylko, że jego czas w domu rodzinnym się kończy. To mnie troszkę uspokoiło, bo zrozumiałem, że każda decyzja, którą podejmie, będzie przemyślana.

Nie mogę powiedzieć, by te wszystkie sensacyjne informacje jakoś mnie przybiły, zasmuciły, choć oczywiście byłem pod ich wrażeniem. Ale z moją żoną to już całkiem inna sprawa. Dla niej był to moment bardzo trudny.

Dzień czy dwa upłynął jej na oswajaniu się z newsami, a potem wzięła mnie na poważną rodzicielską naradę. Jej argumenty sprowadzały się do tego, że Maciek jest jeszcze bardzo młody, ale miała w zanadrzu także inne. Że nie mamy pieniędzy, by mu kupić mieszkanie, a wynajem to czysta strata, że nie chciałaby, aby mieszkał z dziewczyną bez ślubu, że nikt mu tak nie ugotuje obiadu jak mama, i że o w ogóle cały ten pomysł jest do luftu.

Słuchałem tego wszystkiego ze zrozumieniem. Zacząłem przyjmować jej argumentację, prawie zgodziłem się wziąć syna na rozmowę i wyperswadować mu pomysł wyprowadzki.

A potem nagle przypomniał mi się mój pięćdziesięcioletni kumpel z pracy. I te jego smutne słowa: „Za długo mieszkałem ze swoją mamą”.

Nie wziąłem syna na rozmowę. Nasz dom zawsze będzie dla niego otwarty, czy ze chce z niego wyjść, czy też do niego wrócić.

o autorze
Mikołaj Wójcik
Mikołaj Wójcik
Z zawodu operator komputerowy, z zamiłowania - pisarz. Autor felietonów i kilku książek dla młodzieży. Człowiek otoczony przez dzieci: troje własnych, ośmioro chrześniaków, a siostrzeńców i bratanków - trudno zliczyć. Nie musi więc zmyślać swoich historii, skoro wystarczy je po prostu spisać. Czasem trzeba uzyskać copyright, ale to załatwia pewna suma kieszonkowego.
Czy artykuł był przydatny?
Przykro nam, że artykuł nie spełnił twoich oczekiwań.

NOWY NUMER

W nowym M jak Mama o tym, co jeść w ciąży, by nie mieć anemii i jakie nazwisko może nosić nowo narodzone dziecko. Przeczytaj również o tym, jak uniknąć błędów przy karmieniu piersią i dowiedz się, co czuje rodzący się maluch

Kup dostęp od 2,50 zł
okladka m jak mama 1/20
KOMENTARZE