Noworodek? A z czym to się je?

2008-07-01 15:52 Adam Czechowski

Kiedyś (na żywo!) widziałem noworodka. To był synek mojej kuzynki. Maleńki do granic możliwości, kruchy i delikatny.

Patrzyłem na niego i zastanawiałem się, jak można zajmować się taką odrobinką. Jak go wziąć na ręce, by nie skrzywdzić?

Potem, gdy dowiedziałem się, że sam zostanę tatą, te obawy wróciły. Postanowiłem jednak, że muszę coś zrobić, by przełamać lęk przed noworodkiem. Udało się! Zobacz, jak mi się to udało.
Pomyślałem sobie – w życiu trzeba podejmować wyzwania - to taka męska sprawa.

Postanowiłem: chcę być tatą, a najlepiej supertatą. Żeby jednak to mi się udało muszę zacząć wcześnie.

Tylko jak to zrobić, gdy na samą myśl o kwilącym zawijątku robi mi się słabo?

Rany, szkoda, że dzieci nie rodzą się jako trzylatki... Wtedy wszystko byłoby łatwo... Póki co, dość gdybania, trzeba zacząć działać.

Dobrze wiedzieć

Dziecko to solidna konstrukcja!

Tak, tak, wcale nie tak łatwo „je popsuć”, skrzywdzić. Na początek musisz tylko pamiętać o kilku zasadach:

  • trzymając na rękach smyka przytrzymuj mu główkę – noworodek ma jeszcze za słabe mięsnie kręgosłupa by sam mógł sobie z tym poradzić
  • unosząc dziecko wsuń pod nie całą rękę, podtrzymaj drugą i delikatnie unieś – obserwuj żonę – zobaczysz, że to nie takie trudne
  • przewijając smyka podnoś mu ciałko trzymając go za pupę, a nie za same nóżki.

Rozmawiałem z dzieckiem

Zacząłem, już wtedy, kiedy żona była w ciąży. Ten okres sprzyjał nie tylko naszemu zbliżeniu, ale również zaczęła tworzyć się więź między mną a moim dzieckiem. Jak? Starałem się codziennie znaleźć czas na dyskusje z maleństwem (oczywiście przez brzuch mamy, no i był to raczej monolog...). Po jakimś czasie zacząłem nawet czytać mu bajki świetnie się przy tym bawiąc. Z dnia na dzień czułem, że dziecko jest mi coraz bliższe. W pewnym momencie zauważyłem nawet, że ma swoje gusta, np. zawsze uspokaja się przy „Angie” Rolling Stonesów!

Uczyłem się rodzić...

... w szkole rodzenia. No może nie dosłownie, w końcu w czasie porodu miałem tylko asystować żonie. Nie mniej jednak szkoła rodzenia to był dal mnie strzał w dziesiątkę. Dlaczego? Po pierwsze spotkałem tam innych ojców – spanikowanych tak samo jak ja.  Mogliśmy bez zażenowania pogadać sobie o naszych lękach i obawach. No i zadawać tysiące głupich pytań położnej. Odpowiadała na wszystkie i chyba nawet nie dziwiła ją nasza postawa. Chyba widziała już wielu takich wystraszonych wariatów. I jeszcze jedno – w szkole rodzenia mogłem poćwiczyć opiekę nad niemowlakiem. Co prawda tylko na lalkach, ale to właśnie dzięki nim potem poradziłem sobie ze zmianą pampersa u mojej córeczki.

Trening czyni mistrza, więc trenowałem

Tak pomyślałem i myśl moją wcieliłem w życie. Poszedłem z żoną (i kompletem nowych śpiochów) do kolegi, któremu właśnie urodził się syn. Cóż, nic nie uczy lepiej niż doświadczenie, jak mawiali starożytni... Kiedy zobaczyłem małego Krzysia przeszedł mnie dreszcz. Uświadomiłem sobie, że niedługo w naszym domu zamieszka taka sama kruszyna... Szybko jednak ochłonąłem i wziąłem się do roboty... czyli obserwowałem – jak wygląda zmiana pieluchy, jak trzymać malucha, by było mu wygodnie i kiedy kłaść spać. Podczas tej wizyty pytałem, pytałem i pytałem. A na koniec nawet wziąłem kruszynę na ręce! To nie było łatwe- nie ukrywam, ale udało się!

Szukałem mądrych rad

Moim przyjacielem stał się internet. Znalazłem tam forum dla ojców, na którym dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy na temat tacierzyństwa. Cóż, padła nawet opinia, że nie potrzebnie boję się noworodka. Że jak tylko maluch przyjdzie na świat, to od razu poczuję „zew natury” i wezmę się za opiekę nad nim. Podszedłem jednak sceptycznie do tej opinii. Jakoś nie dowierzałem...
Wiele cennych wiadomości znalazłem także w gazetach i poradnikach na temat dzieci, którymi obłożyła się moja żona. Tam znalazłem np. instrukcje jak kapać niemowlaka. Wcześniej to była dla mnie czarna magia...

A gdy było już po wszystkim...

To znaczy na początku wszystkiego – gdy urodziła się Helenka mieszały się: radość, łzy i przerażenie... Rzeczywiście, była maleńka, krucha i prześliczna (wiadomo - po mamie!). Czy od razu miałem odwagę wziąć ją na ręce? O dziwo – tak! Widziałem, że to żona trochę bała się mi ja dać. W końcu przez 9 miesięcy marudziłem jej, ze sobie nie poradzę... Nie będę jednak oszukiwać. Na ręce wziąłem, ale przez pierwsze dni nie miałem odwagi przewijać jej o pielęgnacji pępka nie wspominając (ałć!). Na szczęście miałem to, co moim zdaniem najważniejsze: chęci i wolę nauki. Więc podpatrywałem jak żona zajmuje się małą, pytałem po stokroć i upewniałem się, że dobrze robię. I wiecie co? Nie minęły 3 tygodnie, a zacząłem samodzielnie kąpać córkę. Nieźle, prawda?

Dobre słowo, na koniec

Jestem przekonany, że kiedy urodzi się twoja pociecha, będziesz wiedział co robić. Wszystko ułoży się tak jak powinno. W końcu jesteś do tego stworzony – do bycia tatą. Jeśli przebrnąłeś przez ten tekst to znaczy, że zależy ci na ojcostwie. A nie ma nic cenniejszego niż tata, który się angażuje. Pamiętaj.

Czy artykuł był przydatny?
Przykro nam, że artykuł nie spełnił twoich oczekiwań.

NOWY NUMER

Czytaj e-wydanie! Z kodem rabatowym: "wiosna" tylko 2,50 zł za 96 stron porad o zdrowiu! Dodatkowo otrzymasz dostęp do numerów archiwalnych. W nr 4/2020 „Zdrowia m.in.: poradnik alergika, choroby zakaźne pod lupą, „młody” zawał serca, mity o recyklingu.

Dowiedz się więcej
Miesięcznik Zdrowie 4/2020
KOMENTARZE