Byłam na wycieczce szkolnej z klasą syna. Włos się na głowie jeży, co tam się wyczynia

2024-06-12 13:45

Czerwiec to ten miesiąc w roku, w którym niemal każda klasa wybiera się na wycieczkę szkolną. Całodniowe wypady, a czasem nawet zielone szkoły wymagają jednak zaangażowania rodziców w opiekę nad dziećmi. To niesamowite, co opowiedziała nam jedna z udzielających się w szkole swojego syna mam.

Wycieczki szkolne
Autor: Getty Images Wycieczki szkolne to totalny "meksyk".

Każdy chyba pamięta ten okres w roku szkolnym. Wystawione oceny, piękna pogoda za oknami, wizja zbliżających się wakacji i beztroski czas, w którym do szkoły przychodzi się w celach towarzyskich. Czerwiec ma dla uczniów wyjątkowy klimat, którego jako dorośli im zazdrościmy. 

Właśnie wtedy organizowane są też wycieczki szkolne. Te końcoworoczne zazwyczaj są długie - całodniowe, albo nawet kilkudniowe. Z góry zakładamy, że to bezpieczny czas dla naszych dzieci. W końcu z wychowawcą dzieci spędzają tyle czasu w ciągu roku. Do tego rówieśnicy są nam dobrze znani. Wszystko to sprawia, że czujemy się komfortowo, wysyłając dzieci na wycieczki. Czy przypadkiem się nie mylimy? Po przeczytaniu tego listu naszej czytelniczki cała nasza redakcja zdębiała. Chyba w kolejnym roku, w ramach "wizji lokalnej", każda z nas wybierze się na wycieczkę do własnego dziecka. 

Zobacz też: Nauczycielka wymyśliła wycieczkę za 200 zł na jeden dzień. „Wyłudza pieniądze”

#placzabaw - Przedszkole to dżungla

Dowiedz się: Czy dziecko jest gotowe na samodzielny wyjazd na kolonie? Zrób szybki test

Nieodpowiedzialna wychowawczyni

Jak zaznacza nasza czytelniczka, Kasia, która jest mamą 8-letniego synka, do tej pory nie była nadopiekuńczym rodzicem, jednak gdy wybrała się jako pomoc na wycieczkę szkolną, straciła zaufanie do nauczycieli, jako pedagogów. Co więcej, otworzyły jej się oczy na relacje w klasie i okres dojrzewania kolegów i koleżanek jej dziecka.

"Zawsze lubiłam wychowawczynię mojego syna. Nie była może wybitnie kreatywna, ani zaangażowana, ale z rodzaju tych "nieszkodliwych". Teraz, po tym jak pojechałam na wycieczkę szkolną, zmieniam zdanie o tej kobiecie. Do tego myślę, że ona nie jest wyjątkiem. My, jako rodzice z góry zakładamy, że wychowawca to odpowiedzialna i rozsądna osoba. Nauczycielka syna ma kilkunastoletnie doświadczenie więc może to taki charakter, a może wypalenie zawodowe, bo zrobiła tyle rażących błędów, że włos się na głowie jeży. Wiem po sobie, że przed obozami prześwietlam dokładnie oferty i sprawdzam każdy szczegół, martwiąc się o bezpieczeństwo dzieci, a okazuje się, że coś złego może się wydarzyć pod okiem "zaufanego" wychowawcy. Więc ostrzegam innych" - zaczęła swój list pani Kasia.

Nauczycielka, o której pisze nasza czytelniczka, popełniła kilka gaf już na samym starcie wycieczki. Zaczęło się od tego, że nie pamiętała, ile dzieci jest zapisanych na zieloną szkołę do Krakowa. 

"Na pytanie ile dzieci mamy w grupie, zadane jeszcze pod szkołą, odpowiedziała mi: "Ojej, już liczę". Może i chciała ich policzyć w autokarze, ale zrobiło to na mnie niedobre wrażenie. No bo jak można upilnować grupę niespełna 20 uczniów z drugiej klasy nie wiedząc ile "sztuk" ma się pod opieką? Przecież mogłaby kogoś pominąć na pierwszym lepszym stopie i już dzieciak zostałby, dajmy na to, na stacji. Co lepsze. Nie sprawdziła, czy wszystkie dzieci mają sprawne pasy, a jak jedna dziewczynka pouczona przez mamę powiedziała, że u niej nie działają, to próbowała "olać" temat. Dopiero ja wymogłam na wychowawczyni, żeby dziewczynkę przesadzić, a mieliśmy jeszcze 5 wolnych miejsc w autokarze z działającymi pasami" - rozpoczęła wyliczanie pani Kasia.

Atrakcje nie dla małych dzieci

Kolejnym zastrzeżeniem do organizacji wycieczki były same atrakcje dla dzieci. Nasza czytelniczka dziwi się, że wychowawczyni dała się namówić na tak kontrowersyjny pomysł wycieczki zaproponowanej przez część rodziców. Temat wycieczki, na której była pani Kasia to "mali detektywi". Głównymi gwoździami programu był escape room dla dzieci i gra miejska, mająca na celu przybliżenie dzieciom zabytków Krakowa. Temat fajny, ale jak opowiada mama 8-latka, część rodziców miała wątpliwości, czy dzieci są wystarczająco duże na takie zabawy. Zostali oni jednak zakrzyczani przez resztę, która uważała ich za "przewrażliwionych i nadopiekuńczych".

"Efekt był taki, że jedna z dziewczynek w ogóle nie uczestniczyła w zabawie, bo bała się zamkniętej przestrzeni w escape roomie. Następnego dnia, podczas gry miejskiej, gdzie dzieci były podzielone na drużyny, jeden z chłopców omal nie wpadł pod samochód. Trudno upilnować dzieciaki, gdy jedni w grupie chcą czym prędzej biec by rozwiązać zagadkę jako pierwsi i wygrać grę, a innych bolą nogi i nie łapią zajawki z rywalizacją. Opiekunów było kilku, w sumie każdy miał jako podopiecznych pięcioro dzieci, ale nie byliśmy w stanie tego ogarnąć. To był poroniony pomysł, brać na takie atrakcje 8-letnie dzieci. Ja sama się zgłosiłam, bo gdybym nie pojechała, to za bardzo bałabym się o moje dziecko. Tu jednak nie tylko wina pani, ale i braku wyobraźni reszty rodziców z klasy" - skarży się nasza czytelniczka.

"Durne zakazy"

Na tym jednak nie koniec listy zażaleń pani Kasi. Jak twierdzi, nauczycielka tylko wzbudza w dzieciach potrzebę kłamstwa i kombinowania, bo stosuje dziwne zakazy.

"Zakazała dzieciom jeść w autokarze. To gdzie, ja się pytam, mają spożyć kanapki zrobione przez rodziców? Efekt był taki, że widziałam kilkoro dzieci, które jadły po kryjomu. Druga rzecz - zakaz korzystania z toalety w autokarze, chociaż była dostępna. Jedna z dziewczynek kilkakrotnie zgłaszała, że musi do toalety, ale pani twierdziła, że jesteśmy już blisko i nie ma sensu się zatrzymywać. W rezultacie biedna mała się posikała. Miałam ochotę udusić tą kobietę, za krzywdę tego dziecka i jej durne zakazy. Szczęście, że większość klasy spała, więc nikt oprócz dwóch rezolutnych dziewczynek nie zorientował się co zaszło, a ja dałam małej swoją bluzę do obwiązania w pasie, żeby nie było widać plamy" - czytamy dalej w liście.

Zachowanie dzieci? "Brak słów"

Jak pisze pani Kasia, klasa ma ewidentne problemy w relacjach koleżeńskich, których nauczycielka nie zgłaszała wcześniej na zebraniach. 

"W autokarze słyszałam takie teksty od chłopców, jak "Stasiek od małego ma małego", albo "Kuba ru**a Majkę"... Zero reakcji ze strony pani. Może tego nie słyszała, bo siedziała z przodu, a ci chłopcy na końcu. Ale za moich czasów to tacy mali cwaniacy siedzieli karnie koło nauczyciela. Z kolei dziewczynki wykluczyły jedną z koleżanek z grupy i widać, że dziecko sobie z tym nie radziło. Nauczycielka oczywiście nie zwracała uwagi na ten problem, bo łatwiej udać, że się nie widzi" - napisała zdegustowana kobieta. 

Zgodnie z radą pani Kasi, sądzimy, że każdy rodzic, jeśli tylko jest w stanie, powinien wybrać się choć raz na szkolną wycieczkę. Wygląda na to, że wiele można się z nich dowiedzieć... Nie tylko o nauczycielach, ale i o kolegach z klasy naszych dzieci.

Przeczytaj: Obóz wakacyjny bardziej stresujący dla rodziców niż dla dzieci? [ZOBACZ FILM]