„Kocham swoje dziecko, ale nie lubię być matką”. Coraz więcej kobiet tak czuje

2026-05-20 15:10

Perfekcyjny dom, uśmiechnięte dziecko i coraz większa pustka w środku. Coraz więcej kobiet przyznaje, że kocha swoje dzieci, ale jednocześnie nie odnajduje się w roli matki. To szczere wyznanie pokazuje, jak naprawdę wygląda wypalenie macierzyńskie i dlaczego tak wiele mam cierpi w milczeniu.

Wypalenie macierzyńskie. „Kocham dziecko, ale nie lubię być matką”

i

Autor: undrey/ Getty Images Wypalenie macierzyńskie. „Kocham dziecko, ale nie lubię być matką”

Kawa znów była zimna. Odstawiłam kubek na blat, a gorzka ciecz zostawiła na nim brązową obwódkę. To był już trzeci kubek tego ranka, którego nie zdążyłam wypić. Najpierw trzeba było znaleźć zaginioną skarpetkę Zosi, potem przypomnieć Markowi o wywiadówce online, a na koniec spakować idealnie skomponowane drugie śniadanie, żeby pani w przedszkolu nie pomyślała, że jestem jedną z „tych” matek. Tych, które nie przykładają się wystarczająco.

Kiedy wreszcie trzasnęły za nimi drzwi, a w mieszkaniu zapadła upragniona cisza, poczułam tylko pustkę. Usiadłam przy kuchennym stole w tym idealnie czystym, idealnie zorganizowanym świecie, który sama stworzyłam. Kiedyś myślałam, że cisza to luksus, chwila na zebranie myśli. Dziś wiem, że bywa absolutnym przekleństwem. Wypełniała każdy kąt, podkreślając moją samotność. Samotność, o której nikomu nie mogłam powiedzieć.

"Marek patrzył na mnie, ale widział tylko funkcję: matkę jego dziecka"

Wieczorem wszystko toczyło się według znanego scenariusza. Marek wracał z pracy zmęczony, rzucał krótkie „jak minął dzień?” i zanim zdążyłam odpowiedzieć, już sprawdzał służbowe maile. Kolacja była cicha, przerywana tylko radosnym szczebiotem Zosi opowiadającej o swoich przedszkolnych przygodach. Uśmiechałam się, kiwałam głową, zadawałam odpowiednie pytania. Robiłam wszystko, czego ode mnie oczekiwano.

Kiedyś dzieliliśmy z Markiem marzenia, rozmawialiśmy do późna w nocy o wszystkim i o niczym. Dziś nasze rozmowy kręciły się wokół listy zakupów, psującej się pralki i planu na weekend. On miał swój świat, pełen wyzwań zawodowych, spotkań, deadlinów. Świat, w którym był kimś. Ja miałam dom. Marek patrzył na mnie, ale widział tylko funkcję: matkę jego dziecka, menedżerkę domowego ogniska. Kobieta, którą kiedyś kochał, zniknęła pod stertą obowiązków.

"Kocham moją córkę miłością, która rozrywa serce. Ale nienawidzę być matką."

Proszę, nie zrozumcie mnie źle. Kocham Zosię. Kocham ją tak mocno, że czasem brakuje mi tchu. Kocham zapach jej włosów, kiedy zasypia mi na ramieniu, jej małe rączki szukające w nocy mojej dłoni i jej śmiech, który jest najpiękniejszą muzyką. Kocham moją córkę miłością, która rozrywa serce. Ale nienawidzę być matką.

Nienawidzę tej nieustannej presji, tego poczucia, że każdy mój ruch jest oceniany. Nienawidzę tej monotonii, powtarzalności dni, które zlewają się w jeden, długi maraton obsługi cudzych potrzeb. Nienawidzę tego, że przestałam istnieć jako ja – Marta. Jestem teraz „mamą Zosi”. Cała moja tożsamość, pasje, marzenia, wszystko to skurczyło się do jednego słowa. A najgorsze jest to, że czuję się winna, myśląc w ten sposób. Bo przecież dobra matka tak nie czuje. Dobra matka poświęca się z uśmiechem. Ja uśmiecham się, ale w środku krzyczę. To wyznanie jest jak zdrada, jak największy grzech, którego nie śmiałabym wypowiedzieć na głos, bojąc się wykluczenia i potępienia.

"W jej świecie nie było miejsca na wypalenie macierzyńskie, była tylko niewdzięczność."

Zadzwoniła moja mama. Opowiadałam jej zdawkowo o swoim dniu, starannie dobierając słowa, żeby nie zdradzić niczego, co mogłoby ją zaniepokoić. W końcu jednak coś musiało pęknąć w moim głosie, bo zapytała z troską, czy wszystko w porządku.

„Jestem po prostu trochę zmęczona” – rzuciłam, licząc, że to wystarczy. „Zmęczona? Dziecko odchowane, mąż pracuje, masz piękny dom. Ja w twoim wieku miałam na głowie dwójkę dzieci i pracę na cały etat, i nikt nie pytał, czy jestem zmęczona” – odpowiedziała. Jej słowa, choć pewnie miały być formą wsparcia, uderzyły mnie jak policzek. W jej świecie nie było miejsca na wypalenie macierzyńskie, była tylko niewdzięczność. Czułam się jeszcze bardziej samotna, niezrozumiana przez najbliższą mi osobę. Dla niej byłam kolejną rolą do odegrania: córką, która ma być silna i wdzięczna za to, co ma.

Królowe Matki odc. 3- Dominika Serowska o presji wywieranej na matki.

"Gdzieś tam, pod warstwą zmęczenia, wciąż byłam ja."

Późnym wieczorem, kiedy dom już spał, stanęłam przed lustrem w łazience. Długo patrzyłam na kobietę w odbiciu. Miała podkrążone oczy, kilka nowych zmarszczek wokół ust i spojrzenie, w którym trudno było odnaleźć dawną iskrę. Kim ona była? Przez chwilę jej nie poznawałam. To była mama Zosi, żona Marka, córka swojej matki.

Ale potem, w półmroku, dostrzegłam coś jeszcze. Błysk w oku, który przypomniał mi dziewczynę, która kiedyś malowała obrazy, słuchała głośno muzyki i marzyła o podróży do Peru. Gdzieś tam, pod warstwą zmęczenia i codziennych obowiązków, wciąż byłam ja. Ta świadomość nie rozwiązała moich problemów. Kawa następnego dnia pewnie znów będzie zimna. Ale obiecałam tej dziewczynie w lustrze jedno: nie pozwolę jej całkiem zniknąć. Nawet jeśli będę musiała walczyć o nią każdego dnia.