Zegar w kuchni tykał bezlitośnie, a ja po raz trzeci prosiłam, żeby Zosia założyła wreszcie buty. Miała siedem lat i determinację generała prowadzącego armię do przegranej bitwy. Każdego ranka to samo przedstawienie – walka o ubranie, o mycie zębów, o płatki, które nagle przestały być jej ulubionymi. Obok stała Maja, moja starsza, trzynastoletnia córka. Ubrana, uczesana, z plecakiem zarzuconym na ramię, przeglądała coś w telefonie z miną pełną cierpliwego zrozumienia. Spojrzała na mnie i bez słów przekazała: „daj spokój, mamo, jak zwykle”. Kiedy w końcu udało mi się wypchnąć je obie za drzwi, opadłam na krzesło. Mój kubek z kawą stał na blacie. Była już zupełnie zimna.
"Wystarczy jedno spojrzenie i rozumiemy się bez słów"
Wieczory z Mają były jak balsam na moją umęczoną duszę. Kiedy Zosia wreszcie zasypiała, po kolejnej batalii o wieczorną kąpiel, siadałyśmy razem na kanapie. Czasem włączałyśmy serial, który obie lubiłyśmy, a czasem po prostu rozmawiałyśmy. Maja opowiadała o szkole, o swoich pierwszych, nieśmiałych zauroczeniach, o koleżankach. Słuchałam jej i czułam, że to nie jest tylko relacja matki z córką. To było coś więcej, rodzaj duchowego porozumienia. Wystarczyło jedno spojrzenie i rozumiałyśmy się bez słów. Śmiałyśmy się z tych samych żartów, wzruszałyśmy na tych samych filmach. Była moją miniaturą, ale lepszą, mądrzejszą wersją. Czułam przy niej spokój, jakiego nie czułam przy nikim innym.
"Każdy dzień to jak stąpanie po polu minowym"
Z Zosią było inaczej. Każdy dzień był jak stąpanie po polu minowym. Nigdy nie wiedziałam, co wywoła kolejny wybuch – zły kolor skarpetek, za grubo posmarowana masłem kanapka, prośba o posprzątanie zabawek. Jej złość była gwałtowna i totalna. Potrafiła krzyczeć, tupać nogami, a potem zamknąć się w sobie na długie godziny. Próbowałam wszystkiego: rozmów, tłumaczenia, stawiania granic, nagród i kar. Nic nie działało na dłuższą metę. Kolacje często jedliśmy w milczeniu, bo bałam się zadać pytanie, które mogłoby odpalić lont. Mój mąż, Piotr, powtarzał: „Daj spokój, wyrośnie z tego. To taki wiek”. Ale ja czułam, że coś we mnie pęka każdego dnia. Czułam się bezradna i zmęczona. Coraz częściej łapałam się na tym, że na myśl o powrocie do domu czuję nie radość, a narastający lęk.
"Kocham je obie, ale tylko z jedną naprawdę lubię być"
I wtedy przychodziła ta okropna myśl, szeptana w najciemniejszych zakamarkach mojej głowy. Myśl, której wstydziłam się tak bardzo, że nie odważyłabym się jej wypowiedzieć na głos. Kocham je obie, miłością bezwarunkową, zdolną do największych poświęceń. Skoczyłabym za każdą z nich w ogień bez wahania. Ale lubić… naprawdę lubić spędzać czas… to potrafiłam tylko z jedną. Z Mają. Zosia była obowiązkiem, wyzwaniem, ciężarem, który z miłością nosiłam na plecach. Czułam się jak oszustka we własnym domu. Kiedy przytulałam Zosię na dobranoc, w głębi serca czekałam na moment, kiedy będę mogła wyjść z jej pokoju. To poczucie winy zżerało mnie od środka. Czy jestem wyrodną matką? Czy inne kobiety też tak mają, tylko boją się do tego przyznać?
"Czy ona kiedyś poczuje, że była tą drugą?"
Najgorszy był strach o przyszłość. Dzieci są jak sejsmografy, wyczuwają najdrobniejsze drgania emocji. Bałam się, że Zosia, mimo moich starań, czuje. Że widzi tę ulgę na mojej twarzy, gdy rozmawiam z jej siostrą. Że dostrzega, jak moje ciało mimowolnie się napina, gdy to ona się do mnie zbliża. Co, jeśli ta nieuświadomiona preferencja zostawi w niej trwały ślad? Czy kiedyś, siedząc na kozetce u terapeuty, opowie o matce, która bardziej kochała jej siostrę? Czy ona kiedyś poczuje, że w tym emocjonalnym wyścigu zawsze była tą drugą? Ta myśl sprawiała, że w nocy nie mogłam spać. Patrzyłam na śpiące twarze moich córek i cicho płakałam z bezsilności, modląc się, by moja miłość, nawet ta niedoskonała, jakoś im obu wystarczyła.