Reportaż: Macierzyństwo w domu samotnej matki

2011-05-04 16:29 Piotr Dzięciołowski
Reportaż: Samotne macierzyństwo. Matczyny azyl
Autor: Piotr Dzięciołowski

W domach samotnych matek znajdują schronienie kobiety w ciąży i matki z małymi dziećmi, które nie mają swojego dachu nad głową. Jak radzą sobie w sytuacji, kiedy nie mogą liczyć na bliskich? Czego pragną dla siebie i swoich dzieci, jakiej pomocy potrzebują? Nasze bohaterki odsłaniają swój dramat. Są samotnymi matkami bez mieszkania, bez wsparcia rodziny. Osiemnastolatkę rodzice wyrzucili z domu, nim zdążyła urodzić, bo wstyd im, że dochowali się panny z dzieckiem. Trzydziestolatka uciekła przed mężem – damskim bokserem. Inna kobieta straciła pracę i nie ma za co wynająć skromnego lokum, a lada dzień spodziewa się rozwiązania... Przykłady można mnożyć.

Więszość z nas może liczyć na wsparcie rodziny oraz partnera. Chodzi o pomoc psychiczną, finansową czy mieszkaniową. Co jednak gdy mama nie ma się do kogo zwrócić w potrzebie? To z myślą o takich matkach funkcjonują w kraju tzw. domy samotnej matki. Aż osiemnaście tego typu placówek z 350 miejscami prowadzi Caritas. Odwiedziliśmy jedną z nich, należącą do diecezji warszawsko-praskiej.

Potrzebująca mama nas znajdzie

Ulica Kilińskiego w Zielonce koło Warszawy niczym specjalnym się nie wyróżnia – po obu stronach jednorodzinne domy, pod numerem 63 ten samotnej matki. Trzeba jednak wiedzieć, że to właśnie ten, bo nie informuje o tym żadna tabliczka.Ci, którzy są w potrzebie, i tak tu trafią – informacje są w diecezjach, internecie, książkach telefonicznych. Dzwonimy do furtki. Cichy brzęczyk daje znać, że zamek puścił. Wchodzimy na teren: zagrabione trawniki, zamieciona ścieżka, figura Matki Boskiej
usytuowana pod oknami...

Akurat stoi przed nią jakaś mama z synkiem na ręku. Nie przeszkadzamy, kierujemy się w stronę drzwi. Otwierają nam rozradowane dzieci. Sześcioro, siedmioro? Trudno zliczyć w wąskim korytarzyku, zwłaszcza że przepychają się jedno przez drugie i wzajemnie przekrzykują. Każde chce się czymś pochwalić: Jaś pokazuje książeczkę, którą właśnie czyta, Klaudia – rysunek, który dopiero co skończyła, Michał żali się na „kuku”, które zrobił sobie wczoraj na palcu...
Z korytarza zaglądamy do kuchni: krzątają się tam dwie mamy, Maria i Zofia – koleżanki z pokoju. Pitraszą coś dla swoich dzieci. Maria ma 28 lat, jest matką dwuletniej Matyldy i trzyipółletniego Mariusza. Na dobrą sprawę właśnie dziś powinna się stąd wyprowadzić – minęły trzy miesiące, od kiedy tu mieszka, a regulamin stanowi, że kobiety z dziećmi kwaterowane są na jeden kwartał. Na szczęście, w uzasadnionych przypadkach istnieje możliwość przedłużenia pobytu, nieraz nawet do pół roku. Maria i jej dzieci mają zapewnione lokum na kolejny miesiąc. Ale czy to wystarczy, by rozwiązać problemy, przede wszystkim mieszkaniowe?

Jego alkohol, moje siniaki - problemy niektórych matek

– Podanie o lokal socjalny złożyłam już w 2004 roku – mówi Maria. – Dwa lata później znalazłam się na liście oczekujących i... jak czekałam, tak czekam. Burmistrz zapewnia, że wszystko rozumie, ale z tego rozumienia nic dla mnie nie wynika. Tłumaczy, że nie ma takiego mieszkania, jakie mi przysługuje, bo matce z małymi dziećmi nie przydzieli pokoju z wychodkiem na podwórku. Rzeczywiście, mam prawo do lokalu pełnowartościowego: z łazienką, WC, kuchnią. I jak na razie mam tylko prawo i... pecha w życiu. Matka z siostrą wymeldowały mnie bez mojej wiedzy, do rodziny nie mogę więc wrócić. Póki byłam z ojcem młodszego dziecka i wynajmowaliśmy mieszkanie, nie narzekałam, ale kiedy rozstaliśmy się i w tym samym czasie straciłam pracę, zostałam bez środków do życia.

Dlaczego się rozstaliśmy? - Maria powtarza pytanie. – Wytrzymałam cztery lata z jego alkoholem i moimi siniakami. Setki razy obiecywał poprawę, a kiedy wybaczałam, wracało stare. Wreszcie powiedziałam: dość. I nieważne, że podobno chce wrócić, bo ja nie chcę! Już mu nie wierzę… To już drugi chłop – jak mówi Maria – na którym się zawiodła. Pierwszy poszedł w świat, gdy tylko się dowiedział, że będzie ojcem. Maria marzy więc teraz nie o życiowych partnerach, a o normalnym, spokojnym życiu dla siebie i dzieci na kawałku swojego M.

– Dosłownie na kawałku, bo wystarczy nam 20–30 metrów. Brak mieszkania blokuje mi wszystko, nie mogę nawet podjąć pracy, bo co zrobię z dziećmi? Poślę je do przedszkola i po miesiącu, dwóch przepiszę do innego, a potem znowu do innego, bo przecież nikt mi tu nie pozwoli mieszkać w nieskończoność. Jeśli więc burmistrz nie stanie na wysokości zadania, to będę musiała szukać następnego domu na trzy miesiące. Takie przeprowadzki są jednak fatalne dla dzieci, zwłaszcza dla mojego synka. Nawet pani psycholog stwierdziła, że kłopoty wychowawcze, nasilająca się agresja wobec innych dzieci, kopanie, plucie to efekt ciągłego stanu zawieszenia, nieustannych zmian. Najpierw z tatusiem, potem bez, teraz w Zielonce… I na okrągło, a to obce dzieci, a to obce ciocie, a to ktoś odchodzi, a to przychodzi... Jak sobie pomyślę, że znowu mam się tułać, to łzy same napływają mi do oczu.

Bezdomne mamy

Czterdziestoletnia Zofia, matka dwuipółletnich bliźniaczek, jak mało kto wie, co znaczy tułaczka. Dom w Zielonce jest jej czwartą placówką dla samotnych matek, a w ogóle szóstym miejscem pobytu, od kiedy urodziła dzieci. Najgorzej wspomina mieszkanie z dziećmi na Podlasiu, w ośrodku dla bezdomnych, którego kierownictwo wyprzedało na złom wszystkie kaloryfery... Piecyki gazowe, szczególnie zimą, nie były w stanie zrekompensować braku centralnego ogrzewania. Ziąb dawał się we znaki wszystkim, ale dzieciom najbardziej.
– Moje maluchy pochorowały się na zapalenie płuc – wspomina Zofia. – Kiedy pojechałam z nimi do szpitala, lekarze troskliwie się nimi zajęli, ale gdy usłyszeli, że mieszkam w schronisku dla bezdomnych, zaznaczyli w karcie: „dzieci zaniedbane”. Tak nas, niestety, ludzie postrzegają…
Jak jakąś zarazę chodzącą, alkoholików, narkomanów, nie wiadomo co. To boli, zwłaszcza że najczęściej nasze położenie jest efektem splotu różnych zdarzeń, nierzadko dramatycznych. Jasne, że i nasza w tym wina. Może nie każda matka się do tego przyznaje, ale ja tak: czuję się winna, choć nie ja uciekłam od mojego partnera, tylko on ode mnie. Zostawił mnie i dwie córeczki, bo nie brał pod uwagę, że jak się ludzie ze sobą wiążą, to z takiego związku na świat mogą przyjść dzieci. Zdążył zresztą odejść w siną dal, zanim przyszły.

Zofia ma jeszcze jednego syna z pierwszego małżeństwa, wkrótce będzie pełnoletni. Wierzy, że wreszcie odnowi z nim kontakt. Na razie wysyła do niego e-maile na portalu Nasza klasa. Niestety, pozostają bez odpowiedzi. Jej więc pozostaje nadzieja i… fotografia sprzed lat. – Dziesięć lat temu sąd odebrał mi prawa rodzicielskie i opiekę powierzył dziadkowi.
Stała się tragedia, ale to efekt despotycznych zachowań mojego ojca. Nie miałam szans z nim wygrać, nie twierdzę jednak, że jestem święta. Dziś mogę tylko czekać…

Z jednorękim bandytą w tle

Zofia rozwiodła się 15 lat temu i choć to było tak dawno, traumatyczne przeżycia wciąż ją nękają. – A to przypomina mi się, jak pił i bił... pięścią prosto w twarz. Nieraz przewracałam się na podłogę jak nokautowany bokser w ringu. Stomatologiczne skutki odczuwam po dziś dzień. Pamiętam też awantury z powodu długów, które rosły w postępie geometrycznym, bo mąż zadawał się z… jednorękimi bandytami.

Dobrze wiedzieć

Adresy domów samotnej matki w Polsce znajdziesz  w wyszukiwarce na stronie internetowej www.bazy.ngo.pl (wejdź w zakładkę: domy samotnej matki).

Zofia, podobnie jak Maria, jest już na liście oczekujących na mieszkanie socjalne. To „już” trwa jednak wiele miesięcy. Kiedy dostanie klucze, nie ma pojęcia. Najgorsze, że terminu nie potrafi sprecyzować sam burmistrz. – Mówi, że da, jak będzie miał – z przekąsem komentuje Zofia.

Dom samotnej matki to nie ośrodek wczasowy

Mieszkań socjalnych brakuje w całej Polsce, choć nie wszędzie w takim samym stopniu. Bywa, że czas oczekiwania wynosi kilka miesięcy, ale też długie lata. Domy samotnych matek nie mają jednak być i nie są przechowalnią dla kobiet z kolejki, ale ratunkiem, zwłaszcza w pierwszym okresie traumatycznego okresu w życiu.
– Najczęściej trafiają do nas kobiety w wieku 18–30 lat, już matki albo prawie, bo na chwilę przed rozwiązaniem – wyjaśnia psycholog Ewa Mikus, pełniąca obowiązki kierowniczki domu samotnej matki w Zielonce.
– Mogą tu zastukać bez względu na porę dnia i nocy; jeśli tylko dysponujemy miejscami, to przyjmiemy, jeśli nie, szukamy dla nich innego lokum. Pomagamy, na ile możemy i potrafimy, zapewniamy opiekę psychologiczną i prawną. Matki, zwłaszcza te bardzo młode, często nie mają pojęcia, do jakich instytucji zwrócić się ze swoimi problemami. Podpowiadamy. Kobiety muszą jednak zdawać sobie sprawę z tego, że dom samotnej matki, do którego trafiają, nie jest ośrodkiem wczasowym. Nie znalazły się tu po to, by odpoczywać, ale żeby zacząć układać na nowo swoje życie i życie swoich dzieci – zaznacza Ewa Mikus. – My wyciągamy rękę, przedłużamy nierzadko pobyt o kolejne miesiące, ale jedynie wówczas, gdy widzimy, że matki wykazują się inicjatywą, że naprawdę chcą zmian. Są takie, które nie robią nic i po trzech miesiącach wyruszają w drogę szukać nowego lokum. Wydaje im się, że skoro znalazły się w trudnej, dramatycznej, nieraz niebezpiecznej sytuacji, bo na przykład ukrywają się przed partnerami, to wszystko im się od świata należy.

A tak być nie może.

- Niestety – przyznaje Ewa Mikus – takim postawom sprzyjają także zasady obowiązujące w tego typu domach jak nasz. Opłata za pobyt i strawę jest symboliczna, wynosi zaledwie sto złotych miesięcznie, pozostałe dobra są za darmo, na przykład kosmetyki czy pieluchy. Z jednej strony to oczywiście dobrze, bo nasze lokatorki często nie mają czym płacić, z drugiej jednak obdarowywanie  na prawo i lewo rodzi postawy roszczeniowe, matki przestają doceniać to, co dostają. Zamierzam więc wprowadzić trochę zmian: chcesz krem – bardzo proszę, ale w zamian zrób coś dla reszty, ugotuj choć kompot dla wszystkich maluchów, zagrab trawnik, pozmywaj, nawet jeśli na zmywanie nie twoja kolej. Mówię o drobiazgach, ale życie składa się z drobiazgów. I tymi drobiazgami powinno się kształtować postawy matek, które nie wyniosły z domu rodzinnego nawyków, które pozwoliłyby im należycie wychowywać dzieci...
Naszą rozmowę przerywa dzwonek do furtki.

Ewa Mikus wygląda przez okno. – O, to nasza Tereska z córeczką Eweliną, która przyszła na świat zaledwie trzy dni temu. Teresa zamieszkała u nas przed dwoma  miesiącami; nie miała gdzie się podziać. Od męża uciekła, bo stosował wobec niej przemoc i nie rozstawał się z kieliszkiem. Nowy partner, gdy tylko usłyszał, że będzie ojcem, powiedział „do widzenia”…

miesięcznik "Zdrowie"
Czy artykuł był przydatny?
Przykro nam, że artykuł nie spełnił twoich oczekiwań.

NOWY NUMER

W magazynie Dziecko Zakupy i My: ponad 200 polecanych produktów dla mamy, dziecka i kobiet w ciąży, a także inspiracje i porady dla całej rodziny! Sprawdź, jak zadbać o najbliższych – czytaj już za 3 zł!

Sprawdź
Dziecko zakupy i my
KOMENTARZE