Czy można okłamywać dzieci? Dialogi doświadczonego taty

2019-12-19 13:59
kłamstwo dialogi dowiadczonego taty
Autor: Getty images

Odwieczne pytanie: kłamać, czy nie kłamać? Co odpowiadać na kłopotliwe pytania dzieci? I czy ma to w ogóle jakikolwiek wpływ na rzeczywistość?

Któregoś dnia nasza trzyletnia wtedy córka, zapytała publicznie:

- Tato, a co to jest kolorowy członek?

Co byście odpowiedzieli na tak postawione pytanie?! Myśmy na chwilę zaniemówili, a potem zaczęliśmy bredzić coś w sposób bardzo pokrętny. Z kłopotu wybawił nas starszy o dwa lata syn, który spokojnie sprostował:

- Oj, Marysia, ty wszystko pokręcisz. Nie "kolorowy", tylko "honorowy". Honorowy członek...

"Białe" kłamstwo

Zaczęło się lekko i przyjemnie, ale temat raczej nie jest błahy. Głównie dlatego, że nie wiadomo, gdzie leży granica między kłamstwem nieszkodliwym, a tym, które szkodę wyrządza. Zdałem sobie z tego sprawę bardzo wcześnie, zaraz po naszym pierwszym rodzicielskim kłamstwie. A było to tak.

Nasze dzieci były niejadkami. Próby wprowadzania nowych potraw do menu to była zawsze ciężka walka. I któregoś dnia, kiedy babcia postawiła na stół zupę ogórkową, jedno z naszych ówczesnych maleństw stanowczo odmówiło spożycia.

- Ja lubię tylko pomidorową – oświadczyło.

- I bardzo dobrze – powiedziała babcia. - Bo to jest zupa pomidorowa, tylko... z białych pomidorów.

Było to wiele lat temu, ale ciągle opowiadamy tę anegdotkę w gronie rodzinnym, bo dziecko uwierzyło i ze smakiem zjadło ogórkową. A parę dni potem wróciło z przedszkola zdziwione mocno, że koledzy nie wiedzą, co to takiego białe pomidory i w ogóle wątpią w istnienie czegoś takiego.

W chwili, gdy mówimy pewne słowa, najczęściej mamy pełne przekonanie, że robimy dobrze, nawet jeśli te słowa nie są prawdziwe. Sprawa jest jasna: ważniejsze jest dla nas, żeby maluch zjadł talerz zupy, nawet jeśli, jak to się ładnie mówi, wciśniemy mu kit na temat warzyw, z których zupa jest zrobiona. Mniej ważne, że dziecko zostanie oszukane.

Pobity własną bronią

Powiecie pewnie – nie przesadzajmy, nic wielkiego się nie stało. W dzieciństwie wierzymy, że święty Mikołaj osobiście przynosi prezenty, że księżyc jest zrobiony z żółtego sera albo że demokracja jest najlepszym z ustrojów. Z czasem i tak się wszystko wyjaśnia, więc nie można się przejmować każdym minięciem z prawdą, bo człowiek by zwariował.

Ok, tylko że kłamstwo wchodzi w krew. Przyzwyczajamy się do tego, że prawda jest równoważna z kłamstwem, że możemy mówić prawdę albo nieprawdę w zależności od tego, co jest wygodniejsze lub w danej sytuacji bardziej odpowiednie.

Co więcej, jeśli dziecko się zorientuje, że słyszy od rodziców kłamstwa (a zorientuje się i to szybko, nie ma co do tego żadnych wątpliwości), to albo uzna, że tak jest dobrze, albo straci do nas zaufanie. Trudno powiedzieć, co gorsze. Przede wszystkim zaś: gdzie postawić granicę między złym i dobrym kłamstwem, czy raczej między kłamstwem niewinnym a takim, które winę zaciąga.

Żeby poważnie podejść do tematu opowiem dwie poważne historie. Najpierw o naszej rodzinie.

Któregoś roku przedłużyliśmy sobie wakacje. Wróciliśmy z zagranicy około 5 września. Rok szkolny trwał już od jakiegoś czasu, więc nauczyciele byli lekko zdziwieni absencją dzieci i brakiem jakiejkolwiek informacji.

Przed pierwszą wizytą w szkole wysmarowaliśmy każdemu usprawiedliwienia, tyleż piękne, co nieprawdziwe. Że samolot się spóźnił, a drugi to w ogóle spadł do morza, że były kolejki na granicy, strajk na kolei, generalnie: seria nieszczęść. I poprosiliśmy, by dzieci potwierdziły tę wersję.

Obyło się bez jakiś dogłębnych przesłuchań, nauczyciele przyjęli naszą wersję wydarzeń ze współczuciem, nieobecność dzieci grzecznie usprawiedliwiono. Mniej więcej miesiąc potem zaczęły się prośby od dzieci, by zwolnić ich z jakichś lekcji lub wręcz całych dni szkolnych.

- Tato, proszę, mam jutro ciężki dzień, zostawcie mnie w domu. Tylko ten jeden raz. Proszę, proszę, proszę!

A na nasze, pełne zdziwienia czy oburzenia pytanie:

- Jak ty sobie wyobrażasz usprawiedliwienie takiej nieobecności? Mam kłamać, że jesteś chory?

Odpowiadały krótko:

- Na pewno coś wymyślisz, jak we wrześniu.

Trzeba się było ze wstydem uderzyć w pierś, uznać publicznie, że to był bezsensowny wykręt, że nigdy więcej nikt w tej rodzinie takich wykrętów stosował nie będzie. Tak, to naprawdę było bez sensu.

Dla dobra dzieci?

Żeby was dobić, historia naprawdę ponura, na szczęście nie z naszego podwórka.

Mamy znajomych, parę małżeńską z kilkunastoletnim stażem. Piękni, sympatyczni ludzie. No i ci znajomi postanowili wziąć rozwód. Postanowili? Właściwie, to on zakochał się w innej pani i stwierdził, że musi się wyprowadzić.

Żona oczywiście była w szoku i rozpaczy, ale zdobyła się na rozwagę i zapytała męża, w jaki sposób zamierza o tym poinformować dzieci? Ponieważ mają dwie córki i syna, trzeba to było jakoś ogłosić.

I wtedy mąż zaproponował, żeby powiedzieć dzieciom, że to wspólna decyzja rodziców, że tak będzie lepiej dla wszystkich, bo mama i tata nie mogę się porozumieć. Podobno tak radzą wszyscy psychologowie. Podobno tak należy robić. Podobno dla przyszłości dzieci lepiej posłużyć się kłamstwem, by obraz tej zdradzającej, odchodzącej osoby nie został na zawsze zniszczony w oczach maluchów.

Ale żona się na tę wersję nie zgodziła. Powiedziała:

- Nie musimy zapoznawać ich ze szczegółami, nie musimy nikogo oskarżać, ale nie zgadzam się na kłamliwy obraz tej sytuacji.

I ostatecznie w świat poszła wersja, że to tata podjął decyzję o odejściu, bez wnikania w pikantne szczegóły. Nie wiem, czy dobrze zrobili. Serce podpowiada mi, że tak. Teraz już tylko od ojca będzie zależało, czy dzieci pozostaną dla niego ważne, czy potrafi pozostać z nimi w kontakcie, interesować się nimi, uczestniczyć dalej w ich wychowaniu, w ich życiu w ogóle.

A przy tym żadne z nich nie będzie musiało się tłumaczyć z kłamstwa, gdy dzieci będą już na tyle duże, by sytuację przyjąć i zrozumieć.

Kłamstwo czasem wydaje się nam niewinne, czasem lepsze od prawdy, czasem wręcz nieuniknione. To ułuda, fałszywe myślenie, zwycięstwo zła. Wszyscy kłamiemy, jedni więcej, inni mniej. Ale nie mówmy, że to jest dobre. Bo nie jest. 

Mikołaj Wójcik
Mikołaj Wójcik
Z zawodu operator komputerowy, z zamiłowania - pisarz. Autor felietonów i kilku książek dla młodzieży. Człowiek otoczony przez dzieci: troje własnych, ośmioro chrześniaków, a siostrzeńców i bratanków - trudno zliczyć. Nie musi więc zmyślać swoich historii, skoro wystarczy je po prostu spisać. Czasem trzeba uzyskać copyright, ale to załatwia pewna suma kieszonkowego.
Czy artykuł był przydatny?
Przykro nam, że artykuł nie spełnił twoich oczekiwań.

NOWY NUMER

W numerze 2/2020 "Zdrowia": co pomoże na ból głowy, sztuczne hormony wokół nas, dźwięczny głos na lata, stopy bez odcisków, eko zwierzak w domu, chudnij z wyobraźnią, hity zdrowej kuchni. Miesięcznik "Zdrowie" to pakiet rzetelnej wiedzy i sprawdzonych rad!

Dowiedz się więcej
Miesięcznik Zdrowie 2/2020
KOMENTARZE