Chłoniak, nowotwór węzłów chłonnych w ciąży. Urodziłam zdrowe dziecko

2012-04-21 14:53 Agnieszka Paculanka
Chłoniak, nowotwór węzłów chłonnych w ciąży. Urodziłam zdrowe dziecko
Autor: _photos.com|photos.com Chłoniak, nowotwór węzłów chłonnych w ciąży. Urodziłam zdrowe dziecko

W 26. tygodniu ciąży dowiedziałam się, że to chłoniak, nowotwór węzłów chłonnych - opowiada Marta Świerczyńska. - Nagle powiększył mi się nadobojczykowy węzeł chłonny. Oczywiście, nie przyszło mi do głowy, że to może być aż tak poważna sprawa jak ziarnica.

Chłoniak, nowotwór węzłów chłonnych ta diagnoza była dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Szczególnie, że przed zajściem w ciążę miałam już problemy z nawracającymi przeziębieniami, nocnymi potami, wszystko mnie swędziało, często miałam podwyższoną temperaturę no i właśnie powiększone węzły chłonne. Przesiadywałam u lekarzy, jednak żaden nie potrafił tak naprawdę stwierdzić, co mi dolega. Zazwyczaj dochodzili do wniosku, że to wyjątkowo uparta infekcja. Wreszcie, po kolejnej kuracji silnymi antybiotykami, wszystko się uspokoiło. Czułam się dobrze, więc postanowiliśmy znowu starać się o dziecko, którego bardzo pragnęliśmy. Ponieważ pierwszą ciążę straciłam, teraz najbliższym mi lekarzem był mój ginekolog, doktor Henryk Olszewski. I to właśnie jemu pokazałam tę opuchliznę, która pojawiła się w okolicy obojczyka.

Ginekolog odkrył, że to chłoniak, nowotwór węzłów chłonnych

– Patrząc z perspektywy tych trzech lat mogę śmiało powiedzieć, że to właśnie jemu, mojemu ginekologowi, przede wszystkim zawdzięczamy obie z Amelką życie – mówi Marta. – Pan doktor uważnie mnie obejrzał. Wtedy, oczywiście, nie zwróciłam uwagi na to, że po zbadaniu mnie najpierw zbladł, a potem się zaczerwienił. Natychmiast skierował mnie na badania do szpitala. I był przy mnie cały czas, także w czasie biopsji węzła. A ja wciąż nie zdawałam sobie sprawy, co się dzieje. Nawet gdy po wyniki kazał mi jechać do warszawskiego Centrum Onkologii. Powiedział, że tylko tam mogą mi pomóc, bo mam ziarnicę. Wtedy ta nazwa nic mi nie mówiła. Dopiero w Warszawie dowiedziałam się, że to chłoniak, nowotwór węzłów chłonnych. Doktor Wojciechowska-Lampka, pod której opiekę trafiłam, nie ukrywała przede mną niczego, wyłożyła kawę na ławę. A ja irracjonalnie pomyślałam: jak mogę mieć raka, skoro jestem w ciąży?

Zdecydowałam się na leczenie chłoniaka w ciąży

– Pani doktor powiedziała, że muszę wybierać, czy zaczynam terapię, czy też nie – wspomina Marta. – Bez owijania w bawełnę przedstawiła mi oba scenariusze wydarzeń. Wyjaśniła też, że jeśli zdecyduję się już teraz rozpocząć leczenie, dziecku nic nie będzie grozić, że chemia nie wpłynie na jego zdrowie. Ta podawana kobietom w ciąży jest łagodniejsza, specjalnie dobrana, by nie zaszkodzić małemu człowiekowi, a łożysko zatrzyma szkodliwe substancje. Powiedziała, że mam siedem dni na zastanowienie. Jechałam do domu, a w głowie miałam wielki mętlik. Z jednej strony opinia fachowca, że dziecko będzie bezpieczne, a z drugiej matczyny lęk o maleństwo. Czy na pewno nic mu nie grozi? Bałam się, tak bardzo się bałam. Ale postanowiłam się leczyć. Przeważyło to, że chłoniak zaatakował nie tylko węzły, ale i przeponę. Mógł udusić moją nienarodzoną córkę! - Decyzja o rozpoczęciu leczenia była najtrudniejszą decyzją w moim życiu i mam nadzieję, że już nigdy więcej nie stanę przed tak dramatycznym wyborem – Marta nie ukrywa emocji. – Podjęłam ją i twardo się jej trzymałam. Nigdy nie roztrząsałam, dlaczego spotkało to właśnie mnie. Przez chwilę zastanawiałam się tylko, dlaczego właśnie teraz? Teraz, gdy nasze marzenia mają szansę się ziścić? Ale potem pomyślałam, że nie ma sensu się zadręczać, szukać odpowiedzi na takie pytania. Szkoda czasu, a przede wszystkim sił, które potrzebne są do walki z chorobą. Przecież nie szło tu tylko o mnie, stawką było życie dziecka. Gdy powiedziałam lekarce, że chcę się leczyć, od razu skierowała mnie pod kroplówkę. Do porodu miałam dwie chemie. Ogólnie czułam się dobrze, nie miałam ani torsji, ani nawet nudności. Uśmiechałam się do ludzi, ale w środku nieustannie czaił się niepokój.

Chłoniak w ciąży wywoływał wiele obaw o nienarodzone dziecko

Wieczorem i owszem, byłam spokojniejsza, bo czułam ruchy maleństwa. Ale rano, gdy w brzuchu panował spokój, pojawiał się strach. Strach o córkę. Czy ona aby na pewno żyje? Czy nic jej się nie stało? Czego ja nie robiłam, by poczuć choćby najdelikatniejsze kopnięcie... Masowałam brzuch, pędziłam do lodówki, bo podobno jak mama coś zje, to dziecko się ożywia; jadłam słodycze, bo usłyszałam, że też pobudzają malca do działania. I ta niewyobrażalna ulga, kiedy czułam, że Amelka zmienia pozycję. Tego nie da się opisać. I nie miało znaczenia, że przez te gastronomiczne pobudki przytyłam kilkanaście kilo.Mój ginekolog był cały czas przy mnie. Po każdej chemii meldowałam się u niego na wszystkie badania. Był w stałym kontakcie z doktor Elżbietą Wojciechowską-Lampką, która prowadziła leczenie onkologiczne. Dbał o mnie jak o własne dziecko. Zresztą w pewnym sensie nim jestem, bo to on był przy mojej mamie, gdy ja się rodziłam.

Mimo chłoniaka urodziłam siłami natury

Powitał też Amelkę. Urodziłam ją w 38. tygodniu siłami natury i tylko ja wiem, jak mi ulżyło, gdy okazało się, że wszystko ma na swoim miejscu i jest zdrowa. Bo co innego widzieć dziecko na ekranie USG, a co innego zobaczyć je naprawdę. Wreszcie skończył się ten najtrudniejszy okres, kiedy strach o zdrowie córki był dominującym uczuciem. Bo mimo pełnego zaufania do lekarzy, prześladowała mnie wciąż obawa o to, czy podjęłam właściwą decyzję. Teraz wiem, że tak. W porę zaczęłam się leczyć i dzięki temu żyjemy obie.

Chłoniak: terapia po urodzeniu dziecka

– „Wstań na śniadanie” – te słowa słyszałam codziennie z ust męża – uśmiecha się Marta. – Ależ mnie to denerwowało. Po porodzie nie było już taryfy ulgowej dla ciężarnych, leczono mnie jak każdego innego pacjenta. I odczuwałam też wszystkie nieprzyjemne skutki chemii. W sumie zaliczyłam ich siedem, pierwszą miesiąc po porodzie. Miałam nudności, byłam ciągle zmęczona, najchętniej zakopałabym się pod kołdrą. A tu: „Wstań” i „Wstań, nie będziesz przecież tak cały dzień leżeć”. Byłam trochę rozżalona, że mimo choroby nie mam spokoju. A on to robił specjalnie. I miał rację. Nigdy bym sobie nie darowała tego, że przegapiłam kolejny uśmiech mojego dziecka, nową minę, nowy gest. Patrzyłam na nią i wiedziałam, że nie mogę się poddać i pozwolić, by rak wygrał. Najtrudniej było w czasie radioterapii, bo musiałam przez miesiąc leżeć w szpitalu. Oczywiście, miałam weekendowe przepustki, ale te pięć dni bez najbliższych ciągnęły się bez końca.

Pokonałam chłoniaka

Amelka skończyła już trzy lata, chodzi do przedszkola, jest zdrowa i rozrabia na potęgę. Moje leczenie zakończyło się sukcesem. Nigdy z mężem nie rozmawialiśmy o chorobie. Nie wiem, czy nie chcieliśmy, czy nie potrafi liśmy. Ale cały czas był przy mnie i wiem, że zawsze mogę na niego liczyć. Wspiera mnie także teraz, gdy dołączyłam do „Sowich Oczu”, stowarzyszenia wspierającego chorych na chłoniaki www.sowieoczy.pl. Staramy się przekazywać wiedzę o tej chorobie, bo wczesne rozpoznanie to szansa na pełne wyleczenie.

miesięcznik "M jak mama"
Czy artykuł był przydatny?
Przykro nam, że artykuł nie spełnił twoich oczekiwań.

NOWY NUMER

W magazynie Dziecko Zakupy i My: ponad 200 polecanych produktów dla mamy, dziecka i kobiet w ciąży, a także inspiracje i porady dla całej rodziny! Sprawdź, jak zadbać o najbliższych – czytaj już za 3 zł!

Sprawdź
Dziecko zakupy i my
KOMENTARZE